Poprzednie 68 odcinków TUTAJ.
Szła powoli wzdłuż drogi nie wiedząc co ze sobą począć. Nie chciała jak zwykle niepokoić Joss, choć wiedziała, że zapewne tak właśnie się to skończy, szczególnie, że dreszcze coraz mocniej wstrząsały jej zmarzniętym ciałem.
- Lena? –
usłyszała nagle znajomy głos.
Gdy uniosła
głowę, lista niespodzianek, które spotkały ją w ciągu ostatnich dwudziestu
czterech godzin wydłużyła się, a to jeszcze nie był koniec. Twarz chłopaka
wyrażała troskę, lecz jego ruchy były niezdecydowane, jak gdyby nie był pewien
czy powinien do niej podejść, czy lepiej zostać tam, gdzie stał. Jego reakcja
nie zdziwiła jej w najmniejszym stopniu. W końcu Wentz nie był jedyną osobą, do
której powinna mieć pretensje. Wzruszyła ramionami i zdobyła się na posłanie mu
cienia uśmiechu.
- Hej Patrick
– mruknęła, próbując opanować drżenie w głosie. – Co ty tu robisz?
- Mieszkam –
Patrick odparł spokojnie, z uniesionymi brwiami zerkając na jej stopy i wzburzoną
fryzurę.
- Zapewne
masz dejavu – dziewczyna zachichotała ponuro i natychmiast tego pożałowała,
widząc, że chłopak, który do tej pory nie wyglądał najweselej, zmarkotniał
jeszcze bardziej i znów zawahał się, nie wiedząc jak się zachować.
- Wiem, że
mnie nienawidzisz – zaczął. – W ogóle nie powinienem ci się pokazywać na oczy,
po prostu nie wyglądasz…
- Patrick –
Lena przerwała mu – Spokojnie, jest porządku. Nie jestem na ciebie zła. –
stwierdziła zrezygnowana. – Wentz to twój przyjaciel. Miałeś prawo trzymać jego
stronę.
- Co nie
zmienia faktu, że jestem dupkiem.
Zapadła
cisza, przerywana jedynie szumem przejeżdżających samochodów. Lena spojrzała w
oczy chłopaka, oczekującego na jej reakcję. Nie mogła zaprzeczyć jego stwierdzeniu
– pomoc w realizacji planu Wentza nie była fair wobec niej, a jednak po
przelaniu gniewu na basistę, nie zostało jej go już wiele dla Patricka.
Właściwie nigdy nie żywiła do niego urazy, była raczej rozczarowana, że zniżył
się do takiego poziomu i dał się w to wplątać. On nie był takim typem.
W końcu Lena
znalazła odpowiedź, której szukała:
- Nie zmienia
to też faktu, że tęskniłam za tobą.
Jej
zmarznięte stopy chwaliły ten dobór słów, gdy chwilę później grzały się w
mieszkaniu Stumpa.
- Więc o co chodzi
z tymi papciami – spytał chłopak, podając jej kubek gorącej czekolady.
Parujący
napój przyjemnie ogrzał jej dłonie i ukoił nerwy – dokładnie to, czego
potrzebowała tego paskudnego poranka.
- Kłopoty w
raju – westchnęła, nie mogąc powstrzymać przelotnego uśmiechu, który pojawił
się na jej ustach na dźwięk tego stwierdzenia.
Reszta jej
życia mogła być niczym siódme niebo. Dlaczego więc to ona zawsze dążyła do
tego, by wszystko zepsuć, jak gdyby tylko wyprzedzała nadejście nieuniknionego?
Czy rzeczywiście dawała im tak małe szanse na przetrwanie, czy po prostu nie
wierzyła, że jej życie może być idealne. Czy cokolwiek mogło trwać wiecznie? A
nawet jeśli nie – nie znaczyło to przecież, że trzeba to zabić w zarodku,
zamiast pozwolić trwać jak najdłużej.
- Jestem
pewien, że szybko to sobie poukładacie. W końcu nawet Pete nie był w stanie
stanąć na drodze przeznaczeniu.
- Mam taką
nadzieję – odparła Lena, rozpromieniając się na wzmiankę o przeznaczeniu.
Jej życie już
nieraz pokazało, że sytuacje, które z początku wydawały się tragicznymi,
potrafiły pozytywnie zaskoczyć, nadać nowego sensu, a ten dzień był tylko
potwierdzeniem tezy. W końcu odzyskała przyjaciela, a resztę na pewno dało się
jakoś naprawić.
- A co do
Petera, to możesz mi wierzyć, że też żałuje tego co ci zrobił – oświadczył
Patrick, z nieodgadnionym wyrazem twarzy. – Z resztą myślę, że wczoraj świetnie
to okazał.
Zdziwiona
Lena spojrzała na niego podejrzliwie.
- Masz na
myśli to, że był u mnie?
- Był u
ciebie? – Tym razem to chłopak wyglądał na zaskoczonego. – O tym nie
wiedziałem. Co ty mu zrobiłaś? – Jego głos przybrał oskarżycielski ton,
sprawiając, że brunetka omal nie podskoczyła.
- Właściwie
to… - Zaczęła się jąkać, pod świdrującym spojrzeniem wbitych w nią oczu. Nie
chciała wymyślać kolejnych wymówek, nie chciała kłamać, szczególnie, że wyczuła
iż sytuacja jest poważna. – Powiedziałam mu, że jestem w ciąży – wyszeptała,
nim zdążyła się zastanowić.
O ile łatwiej
było to oznajmić osobom trzecim, niż samemu zainteresowanemu – przyszłemu
tatusiowi… Zaczął ją martwić fakt, że w tym tempie Matt będzie ostatnią osobą,
która dowie się o własnym dziecku.
Oczy Patricka
rozszerzyły się z wrażenia.
- A jesteś?
- A po co
miałabym to wymyślać? – Jej głos był rozdrażniony.
- To wiele
wyjaśnia – westchnął. – Gratuluję.
- Powiesz mi
wreszcie o co chodzi? – spytała Lena, ignorując ostatnie słowo. Nie była pewna,
czy jest czego gratulować – może poza bezmyślnością.
- Więc nie
wiesz, że Pete jest w szpitalu?
Po jej
plecach przeszedł nieprzyjemny dreszcz.
- Co się
stało?
- Chyba
zaczęłaś nową modę w mieście – wymruczał chłopak, zrezygnowanym głosem.
Teraz gdy już
wiedział, że wszystko jest w porządku, czuł się dużo lepiej, jednak poprzedni
dzień był jednym z najgorszych w jego życiu.
- Masz na
myśli, że próbował… - Nie potrafiła dokończyć. Poczuła ciężar jego życia na
swoich ramionach. Wiedziała, że to ona jest temu winna. Automatycznie zaczęła
poszukiwać usprawiedliwienia dla swojego wczorajszego zachowania.
- Jak on się
czuje? – Nie potrafiła wydusić z siebie nic innego.
- O wiele
lepiej niż ty miesiąc temu. Jest przytomny. Zapewne będzie miał teraz o czym
pisać. – Pomimo spokoju w jego głosie, nie dało się zignorować troski w jego
oczach.
Dziewczyna
poczuła, że musi go odwiedzić. Jeśli nie teraz to kiedy? Poza tym nie mogła go
tak po prosu zostawić w tym momencie. Miała świadomość, że jest za niego
odpowiedzialna. No i kto mógł go teraz zrozumieć lepiej niż ona?
- Jesteś
pewien, że nie będzie miał nic przeciwko – Lena zawahała się na szpitalnym
korytarzu.
Wiedziała, że
podobna sytuacja wydarzyła się miesiąc wcześniej w tym samym szpitalu, na tym
samym piętrze – z tym, że role się odwróciły. Gdy to ona leżała w szpitalnym
łóżku, Pete był ostatnią osobą, którą życzyłaby sobie zobaczyć. Dlaczego on
miałby chcieć zobaczyć ją?
- Jestem
pewien – odparł Patrick, popychając ją lekko w stronę drzwi. – Idź. Ja poczekam
tutaj.
Gdy Lena
zobaczyła chłopaka, cała nienawiść, którą do niego czuła, wyparowała. Twarz
Wentza była blada, bez najmniejszego śladu uśmiechu, który zawsze na niej
gościł. Odgłos jej kroków wyrwał go z płytkiej drzemki. Nie potrafił ukryć
zaskoczenia na jej widok.
- Cześć –
wymruczała brunetka, zbliżając się do jego łóżka.
Wyglądał jak
mały chłopiec – olśniony i onieśmielony w pobliżu dziewczyny. Podciągnął kołdrę
pod brodę i odsunął na bok smętnie zwisającą grzywkę, zanim wyksztusił ciche
„cześć”.
Żadne z nich
nie wiedziało jak zacząć, więc tylko siedzieli w ciszy, wpatrując się uparcie
we własne dłonie. Wreszcie Pete chrząknął – bardziej po to, by oczyścić gardło
z suchego, drapiącego uczucia, niż po to, by zwrócić na siebie uwagę.
- Chyba
powinienem ci pogratulować.
Ostatnie
słowa, jakie spodziewała się usłyszeć.
- Cóż…
Dzięki? – O wiele łatwiej było być na wpół żywą, niedoszłą samobójczynią, niż
niezręczną, ciężarną, winną wszystkiemu byłą narzeczoną. W głowie miała
całkowity mętlik: z jednej strony nie mogła sobie wybaczyć do czego
nieświadomie go doprowadziła, lecz z drugiej miała ochotę kopnąć go za
usiłowanie popełnienia takiej głupoty. Gdyby tylko sama nie zrobiła tego
wcześniej.
- Jesteś
pewna, że Mathew jest ojcem? – Jego głos brzmiał niewinnie. Dlaczego tak
desperacko pragnął, by to dziecko było jego?
Lena
próbowała sobie przypomnieć jak chciała być traktowana w jego sytuacji. Uniosła
głowę i spojrzała wprost na niego.
- Jestem
pewna, Pete. Lekarz to potwierdził. Poza tym, miesiąc temu byłam praktycznie
martwa. Płód by tego nie przetrwał. – Tak dobrze było wreszcie powiedzieć te
słowa na głos. – I wcale nie jest mi z tego powodu przykro. – dodała łagodniej.
– Gdyby ono nie było Matta… Raczej nie przyniosłoby to nic dobrego.
- Wiem –
odparł chłopak po chwili milczenia. – Po prostu… To jak potoczyło się między
nami. To do czego cię popchnąłem…
- Więc
jesteśmy kwita. Teraz ja cię popchnęłam do tego samego… - Jej głos się załamał.
- Hej, nie
obwiniaj się o to. To wszystko było ostatnio takie… mroczne. Ta presja, ta…
utrata ciebie. I nagle odkryłem, że jestem sam, przerażony. A jednak
ostatecznie, bardziej bałem się śmierci.
Czyż nie
czujemy tego wszyscy? – zastanawiała się Lena, pośród ciszy, która zapadła po
jego słowach.
- Chciałbym,
by poddawanie się było łatwiejsze – dodał Pete, a dziewczyna wiedziała
doskonale co miał na myśli.
Ludzie z
natury usilnie trzymali się nadziei, tego, co znali. Obawiali się życia, ale
wiedzieli, że tylko wtedy możesz jeszcze coś zmienić. Śmierć była
nieodwracalna. Umieranie było takie trudne. Gdyby nie to, już by jej tu nie
było. Żadnego z nich by nie było.
- Dobra,
teraz możesz się na mnie wydrzeć, nie powstrzymuj się.
Ona tylko
pokręciła głową.
- Powinnam ci
raczej podziękować. Ostatecznie dla mnie wszystko ułożyło się idealnie. –
Posłała zaskoczonemu Peterowi delikatny uśmiech. – Nie doceniamy ludzi i
rzeczy, dopóki ich nie stracimy.
- Więc gdybym
nie pozbył się Matta, wciąż bylibyśmy razem? – To podsumowanie sprawiło, że
Lena roześmiała się.
- Nieee, wątpię,
żeby nam się udało. – Pete zdawał się zaakceptować odpowiedź. – Założę się, że
nasze dzieci będą ze sobą.
Oboje
wybuchnęli śmiechem, czując ulgę.
- Mam
nadzieję, że im pójdzie lepiej – skwitował Wentz.
- Masz
dzisiaj dzień wybaczania, Lena. – Stwierdził Patrick, wchodząc do sali.
- Tak –
mruknęła brunetka. – I jest jeszcze jedna osoba, której muszę wybaczyć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz