I nie mam nic na swoje usprawiedliwienie.
Oprócz tego, że nie mam weny totalnie. Nie mam też weny na życie ogólnie, jeśli to Was jakoś pocieszy.
Wrócę. Kiedyś. Tzn w tym roku. Obiecuję, że w tym roku, tak.
Oh, w jakim ja was miejscu zostawiłam, jestem złazłazłaaaa.
Ok, późno jest, zamykam się i wracam do sejwowania ludzi, niech moc będzie z Wami, czy coś.
Kocham Waaaas
tablica ogłoszeń
tablica ogłoszeń:
Z powodu braku oznak chęci do współpracy poprzedniego serwisu, opowiadanie wylądowało tutaj w trakcie publikowania.
Odcinki 1-68 można przeczytać tutaj.
Oficjalny Twitter
Powiadomienia o odcinkach pod numerem gg: 13947783
czwartek, 25 października 2012
niedziela, 3 czerwca 2012
71. Boy, can I tell you a wonderful thing?
Taki mam od kilku godzin fajny humorek, że nawet tytuł odcinka mnie strollował i jak się okazało już wcześniej został użyty, haha! Ale shh, już mam nowy :3
Witam nową anonimową czytelniczkę! :D Cieszę się, że opowiadanie się podoba.
I wszystkim dziękuję za miłe komentarze. Nawet nie wiecie ile one dla mnie znaczą :)
Na następny odcinek niestety będziecie musieli poczekać do końca sesji, bo jednak trzeba będzie trochę przysiedzieć nad tymi kserokopiami... Lipiec w sensie (tak, za miesiąc będzie po wszystkim, byle dotrwać :3)
Btw dziś w Supernatural natknęłam się na kolesia o nazwisku Matt Harrison. Hmm, brzmi znajomo, czyż nie? xD
Miłego czytania :)
- Nadal
uważam, że to nie jest dobry pomysł – usłyszała za sobą szept Joss.
Dziewczyna
męczyła ją odkąd tylko dowiedziała się o trasie. Twierdziła, że życie na
walizkach i koncerty mogą być zbyt wyczerpujące gdy jest się w ciąży. Lena była
bliska przyznania jej racji już w pierwszy ranek, gdy klęczała nad toaletą z
ciałem szarpanym odruchem wymiotnym. Wstrząsy autokaru raczej nie pomagały jej
wrócić do siebie, tak samo jak zmartwiony głos Matta dobiegający zza drzwi.
Wiedziała, że jeśli poranne mdłości miałyby się powtarzać codzienne, nie będzie
w stanie długo ukrywać przyczyny przed chłopakiem. Dodatkowo teraz o wiele
trudniej było jej znaleźć moment i zebrać się na odwagę, by powiedzieć mu o
dziecku. Obawiała się, że nim trasa się skończy, jej stan może się zrobić
widoczny.
- Uspokój się
Jossie, wszystko będzie okay. To nie choroba – odparła Lena, poprawiając
fryzurę przed lustrem. – Myślisz, że powinnam wrócić do naturalnego koloru?
Podobno farby nie są zbyt zdrowe w moim stanie.
Nastolatka
tylko wywróciła oczami i wyszła z przebieralni, mijając Matta w drzwiach. Jedno
spojrzenie na jego twarz i Lena wiedziała, że chłopak zaczyna coś podejrzewać,
prawdopodobnie nawet usłyszał fragment rozmowy.
- Na pewno za
tym tęskniłeś – westchnęła, wyprzedzając pytanie czy wszystko jest w porządku.
Kilka
ostatnich dni nie należało do najlepszych, zachowanie Leny było nieco dziwne,
często spinała się w jego obecności, szybko zmieniała temat, gdy robiło się
zbyt poważnie. Matt nie mógł się pozbyć uczucia, że ma to związek z tym, o czym
chciała mu powiedzieć nim telefon im przeszkodził. Później wielokrotnie
próbował to z niej wyciągnąć, jednak ona szybko go zbywała byle jakimi
wymówkami.
- Szczerze
mówiąc, z tego wszystkiego, za koncertami tęskniłem najmniej – stwierdził z
uśmiechem, delikatnie całując ją w policzek. – Ślicznie wyglądasz – dodał, nie
mogąc oderwać wzroku od jej przydymionych powiek, które wraz z idealnie ułożonymi
lokami, opadającymi na jej plecy, miały za zadanie dodać drapieżności pozornie
niewinnemu czarnemu topowi i krótkiej spódniczce.
Może i nieco
przykrótko, nieco zbyt obciśle i zbyt wyzywająco z kabaretkami i czarnymi
szpilkami, jednak wokalistka celowo dobrała ten strój ze świadomością, że już
wkrótce nie będzie jej dane czuć się seksownie, z wielkim brzuchem, puchnącymi
nogami i innymi nieprzyjemnymi objawami ciąży.
- Obawiam
się, że fani mogą pomyśleć, że podmieniliśmy wokalistkę – zażartował Matt, w
odpowiedzi na co dziewczyna przyciągnęła go do siebie za kontrastującą z białą
koszulą czarną szelkę.
- Wystarczy,
że wymieniliśmy basistę, przystojniaku – wymruczała mu w usta tuż przed tym,
jak zatopiła w nich swoje wargi.
- Wy dwoje,
wynajmijcie sobie pokój. – Przerwał im głos Tima stojącego w drzwiach. – Ale
później, a teraz marsz na scenę. Nasza kolej by dać czadu. – Chłopak
wyszczerzył do nich zęby i zniknął, dając im chwilkę, by mogli się pozbyć
rozmazanej szminki ze swoich twarzy.
Podekscytowane
krzyki tłumu słychać było z daleka, co szybko podgrzało atmosferę za kulisami.
Członkowie po kolei wchodzili na scenę. Mathew przelotnie musnął czoło swojej
dziewczyny i wybiegł zza kulis, wywołując pełną zachwyconych i
niedowierzających pisków fanek reakcję. Część publiczności zapewne nie od razu
go poznała – nikt nie spodziewał się jego powrotu, jak i nie spodziewali się
jakichkolwiek zmian personalnych w zespole. Mathew został całkowicie pominięty
na wszelkich plakatach promujących trasę, a oficjalna informacja o jego
powrocie do zespołu miała się pojawić dopiero następnego dnia, gdy ta sensacja
zaleje Internet, wraz z setką dowodów w formie kiepskiej jakości zdjęć.
Znalazłszy
się na scenie, Lena była w swoim żywiole. Wyłączyła się całkowicie, zapominając
o wszystkim co wykraczało poza dźwięki muzyki. Jej głos, silny jak zawsze,
płynął przez głośniki, wzmocniony mocą dziesiątek gardeł, które wtórowały jej
każdemu słowu. Rozpierała ją energia, jakiej nie czuła już od dawna. Zagubiona
pośród dźwięków i świateł nie od razu zdała sobie sprawę, że coś jest nie tak.
Ciężkie,
zadymione powietrze z coraz większym trudem docierało do jej płuc. Przystanęła,
by skoncentrować się na własnym oddechu, który nieustannie musiał produkować
słowa drugiej zwrotki. Była pewna, że wytrzyma do końca piosenki, weźmie
głębszy wdech i nabierze sił by kontynuować.
Jednak nim
dotarła do refrenu, było za późno. Świat zawirował, słowa ugrzęzły jej w
gardle. Płuca całkowicie odmówiły posłuszeństwa i w jednej sekundzie błyski
reflektorów zastąpiła ciemność. Matt spojrzał w jej kierunku w momencie, gdy
jej ciało odchyliło się do tyłu, poddając się grawitacji. Zareagował nim
jeszcze publiczność zdążyła zauważyć co się dzieje. Odepchnął gitarę do tyłu i
wylądował na kolanach tuż za dziewczyną, w ostatniej chwili chroniąc jej głowę
przed zderzeniem z twardą podłogą.
Zapadła cisza
– oszałamiająca i głucha – zadziwiająca w pomieszczeniu pełnym rozszalałej
młodzieży.
- Lena? – Jej
oczy były zamknięte, ale jej klatka piersiowa na powrót unosiła się i opadała
miarowo.
W jednym
momencie wokół nich zgromadziła się reszta zespołu i kilku technicznych, a
przez tłum przetoczyły się fale rozemocjonowanych szeptów.
- Zabierz ją
stąd! – zawołał Tim, zachowując trzeźwość umysłu.
Chłopakowi
nie trzeba było dwa razy powtarzać. Zdjąwszy bas, delikatnie ujął w ramiona
nieprzytomne ciało Leny. Tysiące myśli bombardowało jego głowę w drodze za
kulisy, gdzie ułożył dziewczynę na sofie, przy której już czekał na nią lekarz.
- To tylko
omdlenie – uspokoił go mężczyzna, przeprowadziwszy szybkie badanie, podczas
którego Matt nawet na sekundę nie spuścił wzroku z Leny. – Odsuńcie się, żeby nie
blokować powietrza. Za chwilę powinna się ocknąć.
Pomimo tych
słów, basista pozwolił sobie na westchnienie ulgi dopiero, gdy dziewczyna
otworzyła oczy.
- Co się
stało? – spytała skonfundowana, rozglądając się po twarzach przyjaciół.
- Zemdlałaś,
maleńka – odparł Matt, podając jej wodę i delikatnie głaszcząc jej włosy. – Nie
martw się, zaskarżymy klub za słabą wentylację – zażartował.
Rozpogodził
się nieco, wiedząc, że wszystko jest w porządku. Z drugiego pomieszczenia
dotarły do nich odgłosy rozmowy Josephine z lekarzem.
- Dasz radę
kontynuować? – spytał menadżer, na co wokalistka kiwnęła twierdząco głową z
uśmiechem. Mimo lekkich zawrotów głowy, czuła się lepiej niż mogła na to
wskazywać zatroskana mina Matta.
- Nie ma
takiej możliwości! – zawołał doktor, wróciwszy do pokoju. – Muszę przeprowadzić
więcej badań.
Joss, wlokąc
się za lekarzem, rzuciła Lenie przepraszające spojrzenia. Mathew nie rozumiał
co się dzieje, podczas gdy Tim niemal siłą odciągał go od kanapy.
- Nic tu po
nas – mruknął i wyprowadził go na balkon.
- Jak może
być pani tak lekkomyślna – krzyknął nagle wzburzony lekarz. – W tym stanie
zagraża pani nie tylko sobie!
Wokalistka
wywróciła oczami, po czym spojrzała na młodszą dziewczynę z wyrzutem.
- Dzięki –
bąknęła, podczas gdy lekarz montował ciśnieniomierz na jej ramieniu. – Zaraz
wszyscy będą wiedzieć.
- Martwię się
o ciebie, okay? – Joss nie wytrzymała. – Wszyscy się o ciebie martwimy. Poza
tym, obudź się! Za niedługo wszyscy i tak będą o tym wiedzieć. Myślisz, że jak
długo uda ci się to ukrywać przed światem?
Na dźwięk
podniesionego głosu przyjaciółki, Lena spuściła wzrok, jednak nie miała zamiaru
tak łatwo się poddać.
- Nie wiem o
co ta cała afera – próbowała oponować. – Już prędzej niedawne zapalenie płuc
było przyczyną niż to.
- Oczywiście,
że ciąża nie jest przyczyną – potwierdził lekarz. – Ale pani chyba nie rozumie jakie
to mogło mieć konsekwencje dla pani i dla płodu. Zrobi pani co chce, ale ja
stanowczo odradzam kontynuowanie trasy. Szczególnie
po niedawno przebytym zapaleniu płuc.
Lena zagryzła
wargi. Nie mogli przecież odwołać ledwie zaczętej trasy z powodu takiej
głupoty. Nie wspominając o konsekwencjach pieniężnych, zawiedliby fanów. Ona
znów zawiodłaby przyjaciół, Matta i siebie.
- I jeszcze
jedno – zaczęła Josephine, a jej kolejne słowa zawisły złowrogo w powietrzu. –
Musisz z nim dzisiaj pogadać.
Dobrą
wiadomością było to, że nie musieli odwoływać trasy. Złą to, że mieli
kontynuować akustycznie. Ustalili tak na obowiązkowym zebraniu w hotelu, podczas
którego Matt nie puszczał dłoni Leny, jak gdyby w każdej chwili znów mogła osunąć
się na ziemię. Rozwiązanie zaproponował Jon, który przez powrót Mathew skończył
z gitarą rytmiczną, z czego był raczej zadowolony. Nie było nawet mowy o tym,
by ktoś miał go wykopać z zespołu.
Akustyczne
koncerty miały obniżyć poziom emocji, wymagały mniej energii i zżerały mniej
powietrza, którego brak był bezpośrednią przyczyną omdlenia. Ilość pracy,
jakiej wymagało zaaranżowanie wszystkiego, sprawiła, że Lena czuła się wielkim
ciężarem dla wszystkich. Nie wspominając już o tym, że psuła zabawę, tym razem
nie tylko członkom zespołu, ale i fanom, których połowa zapewne nie wydałaby
kasy na bilet, wiedząc, że zamiast szaleć, spędzą półtorej godziny gapiąc się
na paczkę ludzi smętnie szarpiących struny i wokalistkę zawodzącą coś na
kształt kołysanki.
Na szczęście
nie wszyscy byli do tego pomysłu tak negatywnie nastawieni. Pełni zapału Joss i
Jon tuż po zebraniu zamknęli się w jednym z pokoi i zabrali za przygotowywanie
nowego aranżu. Ich śmiechy przez pół nocy niosły się echem po piętrze. Timothy
zniknął gdzieś wraz z długonogą techniczną, która najwyraźniej miała się opiekować
nie tylko jego perkusją.
Lena nie
miała już żadnej wymówki, by odkładać trudną rozmowę.
- Chcesz się
przejść? – Posłała delikatny uśmiech chłopakowi, który w dalszym ciągu nie
chciał opuścić jej na krok. – Przyda mi się świeże powietrze.
Mathew nie
odpowiedział, tylko podał jej płaszcz. Miał świadomość, że wreszcie dowie się
skrywanej przez nią prawdy. Z jednej strony czuł ulgę, z drugiej jednak obawiał
się, nie wiedząc co go czeka. Jeśli to byłoby coś dobrego, przecież już dawno
by mu powiedziała.
Powiew nocnego
powietrza zmroził im twarze, tutaj jednak było nieco cieplej niż w Wietrznym
Mieście. Lena w milczeniu liczyła kroki, starając się nie myśleć o tym, co
miało nastąpić. Raz już niemal mu to wyznała, będąc pewną, że chłopak jej nie
odtrąci. Dlaczego więc teraz to znów było takie trudne? Ostatni tydzień był
prawdopodobnie najcudowniejszym w jej dotychczasowym życiu. Może nawet nazbyt
słodki, biorąc po uwagę, że mieli przed sobą Dzień Świętego Walentego. W tym
czasie nie zdarzyło się nic, co mogłoby podważyć szczerość jego uczuć, czy
zmienić je. Wręcz przeciwnie, z każdym dniem byli sobie coraz bliżsi, z każdym
oddechem bardziej uzależnieni. Dlaczego więc pragnęła doliczyć do miliona nim
będzie zmuszona otworzyć usta?
Chłopak był
niespokojny, czekał jednak cierpliwie. Nie chciał jej poganiać, choć w jego
głowie rodziły się najmroczniejsze scenariusze. Nie mógł oprzeć się wrażeniu,
że stan zdrowia jego ukochanej nie jest prawidłowy. Mógł mieć tylko nadzieję,
że nie jest to tak poważne jak podpowiadały mu najgorsze przeczucia. Podczas
awaryjnego zebrania on zdawał się być jedyną osobą, która nie wiedziała co się
dzieje, choć mogła go ponosić wyobraźnia. Lena powiedziała mu, że to
konsekwencje przebytego zapalenia płuc. Jeśli to rzeczywiście było przyczyną,
jak daleko sięgały te konsekwencje? Zdawało się, że jego głowa zaraz eksploduje
od snucia domysłów, a ona wciąż nie odrywała wzroku od chodnika.
- Lena, co
się dzieje? – Mathew w końcu nie wytrzymał i zatrzymał dziewczynę na środku
opustoszałego parku.
Brunetka
posłusznie odwróciła się przodem do niego, jednak spuściła wzrok na ich
splecione dłonie. Chłopak próbował dodać jej odwagi czułym pocałunkiem w czoło,
jednak tylko ją to rozproszyło. Zrobiła kilka głębokich wdechów. Wiedziała, że
zwlekanie nie ma sensu. Musiała to powiedzieć tu i teraz, i tak nie było już
sposobu na ucieczkę. Nerwowo rozejrzała się wokół i kiwnęła głową w stronę
najbliższej ławki.
- Lepiej
usiądź – mruknęła, lecz chłopak nie poruszył się nawet o milimetr.
- L-lena –
jego głos drżał. – Wiesz, że cokolwiek to jest, jestem przy tobie. – Nie
odrywał od niej przerażonego spojrzenia.
W tym
spojrzeniu kryły się wszystkie jego obawy i cała troska o nią. Cała jego miłość
i paraliżujący strach przed jej utratą. W tamtym momencie dziewczyna ponownie zyskała
pewność, że cokolwiek powie, Matt nie będzie w stanie jej opuścić.
- Nic mi nie
jest Matt – uspokoiła go, wolną dłonią gładząc jego policzek – To znaczy,
jestem zdrowa. – Zaczęła żałować, że tak długo trzymała go w niepewności. Skąd
jednak mogła wiedzieć w którą stronę on skieruje swoje podejrzenia? Dla niej
elementy układały się w tak oczywistą całość…
Mathew
zmarszczył czoło, jednak oczekiwany przez nią wyraz ulgi wciąż nie nastąpił.
- To dziś nie
wyglądało na nic – odparł, nie
odrywając od niej oczu nawet na sekundę, jak gdyby mógł odczytać odpowiedź z
jej twarzy.
Brunetka
westchnęła.
- To naprawdę
były tylko skutki tego całego zapalenia. – Uśmiechnęła się lekko, by udowodnić
mu, że mówi prawdę. – To coś… właściwie całkowicie przeciwnego niż myślisz.
Teraz
nadszedł ten moment.
- Proszę,
tylko nie panikuj. – Czuła, że przestaje panować nad swoim głosem. – Wiesz,
kiedy cię nie było, ja… – Zmarszczone brwi chłopaka zasygnalizowały, że to nie
był najlepszy dobór słów. Zaczęła się plątać. – To znaczy kiedy jeszcze byłeś,
tamtego dnia, gdy pokazałeś mi mieszkanie… - Znów urwała, nie wiedząc dokąd
właściwie zmierza.
Przez krótką
chwilę elementy zaczęły się układać w spójną całość i choć był to jeden z tych
lepszych scenariuszy, ciężko było dopuścić do świadomości możliwość, że Lena…
- Kochanie,
jestem w ciąży! – zawołała wreszcie nie mogąc znieść napięcia. Wyszło o wiele
gwałtowniej niż planowała.
Tak jak
przewidziała, Mathew potrzebował ławki. Opadł na nią z całkowicie zaskoczonym
wyrazem twarzy. To było jak strzał prosto w twarz. Przez moment nie widział
nic. W jego głowie odbijały się echem trzy słowa: jestem w ciąży… Ledwie potrafił zarejestrować ich znaczenie. Nie
mógł rozkodować swoich uczuć, które oscylowały pomiędzy ulgą, że to nie jakieś paskudne
choróbsko próbuję zabrać mu jego ukochaną, a dławiącym ciężarem idących za tym
konsekwencji. Jednak gdzieś pomiędzy przeskakiwało ciepło, to, które czuł za
każdym razem, gdy patrzył w oczy Leny…
- Powiesz
coś? – zapiszczała Lena, zakrywając twarz dłońmi.
- Wow – było
jedynym, co zdołał z siebie wydusić.
-
Przynajmniej nie „Jesteś pewna, że to moje?” – wymruczała, wciąż niebezpiecznie
wysokim głosem, siadając na zmrożonej ławce tuż obok niego.
Odpowiedział
jej tylko nerwowy, stłumiony chichot, zagłuszony przez bicie dzwonów na wieży
kościelnej, wybijających północ.
Spojrzała na
jego twarz, ze wzrokiem wbitym gdzieś w dal, wiedząc, że wciąż próbuje
analizować sytuację. Bezwiednie położyła dłoń na swoim brzuchu, a w jej głowie
krążyło tylko jedno zdanie, które zdawało się idealnie podsumowywać sytuację.
Jej szept zamienił się w mroźny obłok powietrza.
- Wesołych
Walentynek.
sobota, 5 maja 2012
70. I'm always in the blue without you
Witam w nowym domku!
Jeśli trafiłeś/łaś tutaj z poprzedniego bloga, to wiesz co robić. Jeszcze raz przepraszam za niedogodności i zapraszam do (mam nadzieje) bezproblemowego komentowania. (Ach, wreszcie widzialne komentarze ;))
Jeśli jednak jesteś tutaj z innego powodu i nie bardzo masz pojęcie dlaczego zaczynam od odcinka numer 70, zapraszam do przeczytania poprzednich 69:
I oczywiście mam nadzieję, że opowiadanie się spodoba i że zagościsz tu na dłużej :)
I jeszcze przepraszam, za ten roboczy szablon, ale miałam nadzieję, że tę część już będę miała z głowy. Może kiedyś zmienię, a może nie (lazy Angs is lazy).
To by było na tyle. Myślę, że mi się tu podoba, a Onet może sobie wsadzić te zjedzone komentarze, o.
A, zostawiam kompa, wracam w środę i chcę tu widzieć 638754763 komentarzy ;)
A, zostawiam kompa, wracam w środę i chcę tu widzieć 638754763 komentarzy ;)
Miłego czytania!
Gdy się obudził,
ledwie pamiętał poprzedni wieczór. Wiedział tylko, że wypił zdecydowanie za dużo,
o czym przypominał mu tępy ból głowy, suchość w ustach i pieczenie przy każdym
ruchu gałek ocznych. Leżał w swoim łóżku, jednak wszystkie wydarzenia pomiędzy
barem a mieszkaniem kryła gęsta mgła. Otwieranie drzwi, czekająca na niego
Lena, jej zmartwiony wzrok i czuły dotyk, gdy kładła go do łóżka – to wszystko
wydawało się być tylko snem. A może i nim było? Dlaczego miałaby na niego
spokojnie czekać po tym co jej zrobił?
- A jednak
dwa łóżka się przydały – usłyszał głos Leny, przekraczając próg kuchni.
Butelka
zimnej wody już na niego czekała w rękach dziewczyny siedzącej na kuchennym
parapecie. Ona z troską w oczach obserwowała każdy jego ruch. Drugi raz w życiu
widziała go skacowanego. Po raz drugi była to jej wina.
- Przepraszam
– wymruczała niepewnie.
Matt spojrzał
na nią zaskoczony. W końcu to on powinien przepraszać ją, nie na odwrót.
- Za co?
Dziewczyna
wzruszyła ramionami.
- Za tę całą
histerię? Powinnam była cię pierwsze wysłuchać. No i za to, że znów przeze mnie
masz kaca – dodała z wyblakłym uśmiechem. – Mam nadzieję, że tym razem nie
skończy się to tak jak ostatnio.
- Wiesz, że
tamto wydarzyło się w poprzednim życiu, prawda? – Jego głos był poważny. Nie
ośmielił się spojrzeć na dziewczynę. – To ja ciebie przepraszam.
-
Przepraszanie też zdaje się niczym z innego wcielenia. – Delikatny uśmiech
szybko został zastąpiony przez współczujące spojrzenie. – Chcę tylko, byś
opowiedział mi swoją historię. Kiedy kac minie.
- Musiałabyś
czekać z tydzień – jęknął Matt.
Wyglądał tak
żałośnie z półprzymkniętymi powiekami, kosmykami włosów odstającymi na
wszystkie strony i wyschniętymi na wiór ustami. Dziewczyna pragnęła móc
sprawić, by poczuł się lepiej.
- Ok –
odparła i podkurczyła nogi w oczekiwaniu.
- Kiedy
opuściłem Mitchellsville nie miałem pojęcia dokąd się udać – zaczął chłopak. –
Nie miałem żadnego planu. Na początku miałem nadzieję, że od razu odnajdziesz
list i złapiesz mnie zanim wyjadę, jednak przed świtem byłem już daleko. Nie
opuściłem kraju nim nie pozałatwiałem kilku spraw. Każda noc w innym hotelu. W
końcu sprzedałem motor i wybrałem nowe miejsce, które mógłbym nazwać domem.
Chciałem wyjechać jak najdalej, by nigdy nie kusiło mnie, by spróbować cię
znaleźć, czy przypadkiem nie wpaść gdzieś na ciebie. Słyszałem, że w RPA jest
ładnie. Nie miałem nic do stracenia. Trochę pozwiedzałem… Po jakimś czasie
tamten kraj nie różnił się tak bardzo od Stanów, a ja musiałem się zastanowić
co ze sobą zrobić. – Chłopak zrobił przerwę i uniósł wzrok, by obserwować
reakcję Leny na jego kolejne słowa. – Wtedy ją spotkałem.
Lena starała
zachować spokój, jednak jej serce na moment zgubiło rytm. Zalała ją
nieprzyjemna fala gorąca. Mimo to kiwnęła głową, nakazując mu, by kontynuował.
- Była twoim
przeciwieństwem, choć fizycznie znalazłoby się kilka podobnych cech: jasna cera,
ciemne włosy. Jednak jej oczom brakowało tego błękitu i tego błysku… I jeszcze
ten zabawny akcent. Po tej całej samotności dobrze było mieć z kim pogadać, a
Mikaela świetnie się do tego nadawała. Potrafiła wysłuchać i rozbawić.
Ciekawska, potrafiła wyciągnąć ode mnie wszystko, co właściwie mi pomogło. Przy
tym była tajemnicza. Do końca nie udało mi się jej rozgryźć. – Nim zdążył się
zmitygować, jego twarz pod wpływem wspomnień przybrała błogi wyraz. Lena nie
mogła tego przeoczyć. – Zgodziła się na - cokolwiek to było – bez zobowiązań.
Myślę, że miała nadzieję na coś więcej w przyszłości. Ja nie liczyłem na nic.
Jednak wyjechałem po to, by ruszyć dalej, więc to starałem się robić. Nieźle mi
szło, dopóki nie dowiedziałem się o tobie… Musiałem cię zobaczyć. Bałem się, że
mógł to być ostatni raz. – Głos ugrzązł mu w gardle, jednak szybko się
otrząsnął i wrócił do opowiadania. – Spakowałem co mi wpadło w ręce i
roztrzęsiony pognałem na lotnisko. Gdy się obudziłaś i spojrzałaś na mnie…
Uśmiechnęłaś się i nazwałaś mnie Aniołem Stróżem… Wiedziałem, że to tutaj jest
moje miejsce, przy tobie. Nie powinienem był cię okłamywać odnośnie celu tego
wyjazdu, jednak stwierdziłem, że nie musisz o niej wiedzieć. Miałem nadzieję,
że mogę o tym po prostu zapomnieć. Ale chyba jednak nie da się kogoś od tak
wymazać ze swojego życia, nawet jeśli był w nim tylko epizodem.
Po tych
słowach zapadła cisza. Mathew nie czuł się dobrze, nazwawszy Mikaelę epizodem.
Mimo wszystko była ona kimś ważnym. Bez niej pewnie nie zdołałby wrócić choć w
najmniejszym stopniu do stanu przydatności. Tylko przy Mikaeli był w stanie
zapomnieć o Lenie choć na chwilę. Miał świadomość, że nigdy jej już nie
zobaczy, oraz że na swój sposób zawsze będzie za nią tęsknił.
Lena
próbowała ułożyć sobie to wszystko w głowie. Nie miała prawa winić go za to, że
próbował zacząć od nowa. Mimo to czuła się źle próbując sobie wyobrazić tę całą
Mikaelę. Zazdrość? Zapewne. Matt już nigdy nie będzie tylko jej. Choć
zapewniał, że teraz Afrykanerka nic już dla niego nie znaczy, wiedziała, że na
zawsze zostawiła ślad w jego sercu, jak ten na kołnierzu jego koszuli. Z
drugiej strony była wdzięczna, że dziewczyna zaopiekowała się Mattem, gdy on
tego potrzebował. Doceniła, gdy ona sama zachowała się jak skończona idiotka.
- Jak bardzo
wy… - nie potrafiła znaleźć odpowiednich słów, lecz choć bała się odpowiedzi,
ciekawość wzięła górę. – To znaczy… Tak łatwo pozwoliła ci odejść…
Mathew
prychnął i przeczesał włosy palcami.
- Chyba nie
tak łatwo, prawda? – stwierdził i Lena nie mogła się z nim nie zgodzić,
zważywszy na to, że świeżo wyprana błękitna koszula wciąż wisiała na grzejniku.
– Dużo jej o tobie mówiłem. Myślę, że miała świadomość, że gdybym miał szanse,
zawsze wybrałbym ciebie. Chociaż wątpię, żeby była na to gotowa, gdy ten moment
nadszedł. No i zostawiłem ją z czynszem. – Ostatnie zdanie miało za zadanie
rozładować atmosferę, zamiast tego wywołało zaskoczenie na twarzy Leny. – Ona
potrzebowała współlokatora, ja mieszkania – wyjaśnił Matt, wzruszając
ramionami. Pominął kwestię jednego łóżka.
Lena czuła,
że już wie o wiele więcej niżby sobie życzyła. Nie chciała usłyszeć już ani
słowa o tamtych trzech miesiącach. Jednak wciąż pozostawała jeszcze jedna sprawa.
Obawiała się, że odpowiedź nie będzie taka jaką potrafiłaby znieść. Mimo to
musiała zadać pytanie.
- Dlaczego
tam wróciłeś?
Chłopak
westchnął. Miał nadzieję, że Lena go zrozumie i nie weźmie wydarzeń tamtego
tygodnia za nic więcej niż to czym w rzeczywistości było.
- Musiałem
zamknąć tamten etap mojego życia – zaczął. – Nie mogłem przecież tak po prostu
zerwać z nią przez telefon. Nie zasłużyła na to, choć jestem pewien, że
wiedziała, że to koniec już wtedy, gdy żegnała mnie w drodze na lotnisko.
Miałem też kilka innych spraw do załatwienia, rzeczy do zabrania – z tym cię
nie okłamałem. Ale pojechałem, bo chciałem ją zobaczyć po raz ostatni. Pożegnać
się i… - Zrobił przerwę, jak gdyby poszukiwał odpowiednich słów. – Ciężko było
wyjechać, wiedząc, że już więcej tam nie wrócę. Pewnie, że chodziło także o
kraj, o miejsca, za którymi będę tęsknił… Ale skłamałbym, gdybym powiedział, że
Mikaela nie miała w tym swojego udziału. Ze świadomością, że to ostatni raz,
ostatni uśmiech, ostatnie łzy, ostatnie spojrzenie jej oczu… I choć nie mogłem
się doczekać, by to ciebie znów trzymać w ramionach, nie chciałem, by ten
koniec nadszedł.
- To znaczy,
że wy… - Na myśl o tym dziewczynie zrobiło się słabo, mimo to niecierpliwie
czekała na odpowiedź.
Czekała aż
Matt odwróci wzrok, spuści głowę i zniszczy wszystko, jednak zamiast tego jego
oczy rozszerzyły się w zaskoczeniu, nim zdał sobie wprawę z tego, że to jego
niezdarny dobór słów mógł doprowadzić ją do tej konkluzji.
- Nie! –
odparł szybko, może nieco zbyt agresywnie, jednak nie mógł znieść myśli, że
Lena mogła się choć przez moment czuć zraniona w ten sposób.
Przez jego
reakcję dziewczyna niemal podskoczyła na swoim parapecie, jednocześnie doznając
ulgi. Nie próbowała nawet kwestionować szczerości jego odpowiedzi.
- Naprawdę
myślisz, że mógłbym ci to zrobić? Zdradzić cię? – W jego głosie ponownie
panował spokój.
Nawet jeśli
odpowiedź była twierdząca, nie miałby do niej pretensji o tego typu oskarżenia.
Przez tę cała pokręconą sytuację i tak czuł się jak skończony dupek,
prawdopodobnie nie mógł już myśleć o sobie gorzej, więc nie miał prawa winić
jej o to samo.
Lena nie
wiedziała jak zareagować. Pewnie wyrzekłaby się tego, jednak fakt, że taka myśl
choć przez moment przemknęła jej przez głowę, mówił sam za siebie.
- Jedną
dziewczynę zdradziłeś…
Mathew poczuł
się nieswojo. Nie dało się zaprzeczyć, że gdy spędził noc z Leną, teoretycznie
wciąż był z Mikaelą.
- Mikaela to
nie ty – odparł.
- Kochałeś
ją? – Wraz z tym pytaniem dziewczyna na moment wyzbyła się jakichkolwiek
odczuć. Przestała się kulić w obawie przed odpowiedzią. Zdawało się, jakby ta
rozmowa dotyczyła kogo innego – trojga obcych ludzi uwikłanych w jakiś
pokręcony uczuciowy trójkąt.
- Nie –
wyszeptał Matt po chwili wahania. – Z pewnością nie tak jak ciebie – dodał,
czując, że popełnia błąd.
- Czyli
jednak?
- Nie wiem… -
przyznał szczerze. – Wiem tylko, że nigdy nie byłaby dla mnie tym, kim ty
jesteś. Gdy całowałem ją, myślałem o tobie, gdy się kochaliśmy… pragnąłem, byś
to była ty… - Zawiesił głos. Miał nadzieję, że jego wpatrzone w nią oczy będą w
stanie przekazać jej wszystko, czego nie potrafiły wyrazić ostrożnie dobierane
słowa. – Lenka, nie ważne ile znaczyła dla mnie Mikaela, ty znaczysz o wiele
więcej. Bez ciebie byłem martwy. I jeśli kiedykolwiek… - Ciężar w klatce
piersiowej na myśl o tym, że mógłby znów ją stracić, nie pozwolił mu dokończyć
zdania. – Nie pozbierałbym się ponownie.
Łzy, które
zaczęły się gromadzić w jej oczach gdzieś w trakcie jego wyznania, teraz już
otwarcie spływały po jej bladych policzkach. Znów miała przed sobą chłopaka,
którego poznała ponad dwa lata wcześniej, z tym że poważniejszego, mniej
mrocznego i nieodwołalnie jej. A ona była już na zawsze jego, niezależnie od
wszystkiego co miała przynieść przyszłość. Niezależnie od maleństwa rosnącego w
jej brzuchu…
- Kocham cię.
– Jej głos drżał z emocji.
Niezdarnie
zsunęła się z parapetu, by w następnej sekundzie siedzieć na jego kolanach,
obejmować jego nagie ramiona, ustami pieścić jego wyschnięte wargi... Chciała
być blisko, bliżej… Nie liczyło się nic oprócz ciepła jego ciała,
przyspieszonego oddechu. Wciąż jednak pozostawała jeszcze jedna rzecz do
wyznania i po wszystkim co usłyszała, Lena wreszcie zebrała w sobie
wystarczająco dużo odwagi, by wydusić z siebie tę informację.
- Matt, jest
coś, o czym musisz wiedzieć. – Zaczęła powoli, odrywając się od jego ust.
Ich twarze
dzieliły zaledwie centymetry. Jej poważny ton zaalarmował Matta, który spojrzał
na nią podejrzliwie. Powstałe napięcie było niemal namacalne, utrudniało jej
oddychanie. Teraz albo nigdy – nie było już odwrotu. Dziewczyna wzięła głęboki
wdech, by wyrzucić z siebie cały ciężar na jednym oddechu.
- Mathew, ja…
- W najgorszym z możliwych momentów, w kieszeni jej spodni odezwała się
irytująca melodyjka.
Oboje
zamarli. On wpatrywał się w nią z wyczekiwaniem, jednak wraz z rozbrzmieniem
dzwonka telefonu, cała odwaga Leny uleciała. Brunetka zeskoczyła z kolan
chłopaka, jednocześnie zirytowana i uspokojona.
- Słucham? –
mruknęła, wcisnąwszy zieloną słuchawkę, odwracając się plecami do Matta.
Na jej twarzy
malowało się zbyt wiele emocji, które usilnie próbowała zdusić. Uważnie
wsłuchała się w słowa menadżera Broken Downpour płynące z głośnika, kilka razy
przytaknęła i jej usta rozciągnęły się w uśmiechu.
- Tak. Oh
Matt… Tak… Jestem pewna, że chce… Świetnie, dzięki.
Lena odłożyła
słuchawkę i spojrzała na zaciekawionego chłopaka z błyskiem w oku. W jednym
momencie całkowicie zapomniała o tym, co wydarzyło się chwilę wcześniej.
Wyszczerzyła zęby, co jeszcze bardziej skonfundowało bruneta.
- Zaczynaj
się pakować panie „nowy slash stary basisto Broken Downpour” – zawołała
melodyjnie. – Za tydzień ruszamy w trasę!
69. Case Open. Case Shut
Poprzednie 68 odcinków TUTAJ.
Szła powoli wzdłuż drogi nie wiedząc co ze sobą począć. Nie chciała jak zwykle niepokoić Joss, choć wiedziała, że zapewne tak właśnie się to skończy, szczególnie, że dreszcze coraz mocniej wstrząsały jej zmarzniętym ciałem.
- Lena? –
usłyszała nagle znajomy głos.
Gdy uniosła
głowę, lista niespodzianek, które spotkały ją w ciągu ostatnich dwudziestu
czterech godzin wydłużyła się, a to jeszcze nie był koniec. Twarz chłopaka
wyrażała troskę, lecz jego ruchy były niezdecydowane, jak gdyby nie był pewien
czy powinien do niej podejść, czy lepiej zostać tam, gdzie stał. Jego reakcja
nie zdziwiła jej w najmniejszym stopniu. W końcu Wentz nie był jedyną osobą, do
której powinna mieć pretensje. Wzruszyła ramionami i zdobyła się na posłanie mu
cienia uśmiechu.
- Hej Patrick
– mruknęła, próbując opanować drżenie w głosie. – Co ty tu robisz?
- Mieszkam –
Patrick odparł spokojnie, z uniesionymi brwiami zerkając na jej stopy i wzburzoną
fryzurę.
- Zapewne
masz dejavu – dziewczyna zachichotała ponuro i natychmiast tego pożałowała,
widząc, że chłopak, który do tej pory nie wyglądał najweselej, zmarkotniał
jeszcze bardziej i znów zawahał się, nie wiedząc jak się zachować.
- Wiem, że
mnie nienawidzisz – zaczął. – W ogóle nie powinienem ci się pokazywać na oczy,
po prostu nie wyglądasz…
- Patrick –
Lena przerwała mu – Spokojnie, jest porządku. Nie jestem na ciebie zła. –
stwierdziła zrezygnowana. – Wentz to twój przyjaciel. Miałeś prawo trzymać jego
stronę.
- Co nie
zmienia faktu, że jestem dupkiem.
Zapadła
cisza, przerywana jedynie szumem przejeżdżających samochodów. Lena spojrzała w
oczy chłopaka, oczekującego na jej reakcję. Nie mogła zaprzeczyć jego stwierdzeniu
– pomoc w realizacji planu Wentza nie była fair wobec niej, a jednak po
przelaniu gniewu na basistę, nie zostało jej go już wiele dla Patricka.
Właściwie nigdy nie żywiła do niego urazy, była raczej rozczarowana, że zniżył
się do takiego poziomu i dał się w to wplątać. On nie był takim typem.
W końcu Lena
znalazła odpowiedź, której szukała:
- Nie zmienia
to też faktu, że tęskniłam za tobą.
Jej
zmarznięte stopy chwaliły ten dobór słów, gdy chwilę później grzały się w
mieszkaniu Stumpa.
- Więc o co chodzi
z tymi papciami – spytał chłopak, podając jej kubek gorącej czekolady.
Parujący
napój przyjemnie ogrzał jej dłonie i ukoił nerwy – dokładnie to, czego
potrzebowała tego paskudnego poranka.
- Kłopoty w
raju – westchnęła, nie mogąc powstrzymać przelotnego uśmiechu, który pojawił
się na jej ustach na dźwięk tego stwierdzenia.
Reszta jej
życia mogła być niczym siódme niebo. Dlaczego więc to ona zawsze dążyła do
tego, by wszystko zepsuć, jak gdyby tylko wyprzedzała nadejście nieuniknionego?
Czy rzeczywiście dawała im tak małe szanse na przetrwanie, czy po prostu nie
wierzyła, że jej życie może być idealne. Czy cokolwiek mogło trwać wiecznie? A
nawet jeśli nie – nie znaczyło to przecież, że trzeba to zabić w zarodku,
zamiast pozwolić trwać jak najdłużej.
- Jestem
pewien, że szybko to sobie poukładacie. W końcu nawet Pete nie był w stanie
stanąć na drodze przeznaczeniu.
- Mam taką
nadzieję – odparła Lena, rozpromieniając się na wzmiankę o przeznaczeniu.
Jej życie już
nieraz pokazało, że sytuacje, które z początku wydawały się tragicznymi,
potrafiły pozytywnie zaskoczyć, nadać nowego sensu, a ten dzień był tylko
potwierdzeniem tezy. W końcu odzyskała przyjaciela, a resztę na pewno dało się
jakoś naprawić.
- A co do
Petera, to możesz mi wierzyć, że też żałuje tego co ci zrobił – oświadczył
Patrick, z nieodgadnionym wyrazem twarzy. – Z resztą myślę, że wczoraj świetnie
to okazał.
Zdziwiona
Lena spojrzała na niego podejrzliwie.
- Masz na
myśli to, że był u mnie?
- Był u
ciebie? – Tym razem to chłopak wyglądał na zaskoczonego. – O tym nie
wiedziałem. Co ty mu zrobiłaś? – Jego głos przybrał oskarżycielski ton,
sprawiając, że brunetka omal nie podskoczyła.
- Właściwie
to… - Zaczęła się jąkać, pod świdrującym spojrzeniem wbitych w nią oczu. Nie
chciała wymyślać kolejnych wymówek, nie chciała kłamać, szczególnie, że wyczuła
iż sytuacja jest poważna. – Powiedziałam mu, że jestem w ciąży – wyszeptała,
nim zdążyła się zastanowić.
O ile łatwiej
było to oznajmić osobom trzecim, niż samemu zainteresowanemu – przyszłemu
tatusiowi… Zaczął ją martwić fakt, że w tym tempie Matt będzie ostatnią osobą,
która dowie się o własnym dziecku.
Oczy Patricka
rozszerzyły się z wrażenia.
- A jesteś?
- A po co
miałabym to wymyślać? – Jej głos był rozdrażniony.
- To wiele
wyjaśnia – westchnął. – Gratuluję.
- Powiesz mi
wreszcie o co chodzi? – spytała Lena, ignorując ostatnie słowo. Nie była pewna,
czy jest czego gratulować – może poza bezmyślnością.
- Więc nie
wiesz, że Pete jest w szpitalu?
Po jej
plecach przeszedł nieprzyjemny dreszcz.
- Co się
stało?
- Chyba
zaczęłaś nową modę w mieście – wymruczał chłopak, zrezygnowanym głosem.
Teraz gdy już
wiedział, że wszystko jest w porządku, czuł się dużo lepiej, jednak poprzedni
dzień był jednym z najgorszych w jego życiu.
- Masz na
myśli, że próbował… - Nie potrafiła dokończyć. Poczuła ciężar jego życia na
swoich ramionach. Wiedziała, że to ona jest temu winna. Automatycznie zaczęła
poszukiwać usprawiedliwienia dla swojego wczorajszego zachowania.
- Jak on się
czuje? – Nie potrafiła wydusić z siebie nic innego.
- O wiele
lepiej niż ty miesiąc temu. Jest przytomny. Zapewne będzie miał teraz o czym
pisać. – Pomimo spokoju w jego głosie, nie dało się zignorować troski w jego
oczach.
Dziewczyna
poczuła, że musi go odwiedzić. Jeśli nie teraz to kiedy? Poza tym nie mogła go
tak po prosu zostawić w tym momencie. Miała świadomość, że jest za niego
odpowiedzialna. No i kto mógł go teraz zrozumieć lepiej niż ona?
- Jesteś
pewien, że nie będzie miał nic przeciwko – Lena zawahała się na szpitalnym
korytarzu.
Wiedziała, że
podobna sytuacja wydarzyła się miesiąc wcześniej w tym samym szpitalu, na tym
samym piętrze – z tym, że role się odwróciły. Gdy to ona leżała w szpitalnym
łóżku, Pete był ostatnią osobą, którą życzyłaby sobie zobaczyć. Dlaczego on
miałby chcieć zobaczyć ją?
- Jestem
pewien – odparł Patrick, popychając ją lekko w stronę drzwi. – Idź. Ja poczekam
tutaj.
Gdy Lena
zobaczyła chłopaka, cała nienawiść, którą do niego czuła, wyparowała. Twarz
Wentza była blada, bez najmniejszego śladu uśmiechu, który zawsze na niej
gościł. Odgłos jej kroków wyrwał go z płytkiej drzemki. Nie potrafił ukryć
zaskoczenia na jej widok.
- Cześć –
wymruczała brunetka, zbliżając się do jego łóżka.
Wyglądał jak
mały chłopiec – olśniony i onieśmielony w pobliżu dziewczyny. Podciągnął kołdrę
pod brodę i odsunął na bok smętnie zwisającą grzywkę, zanim wyksztusił ciche
„cześć”.
Żadne z nich
nie wiedziało jak zacząć, więc tylko siedzieli w ciszy, wpatrując się uparcie
we własne dłonie. Wreszcie Pete chrząknął – bardziej po to, by oczyścić gardło
z suchego, drapiącego uczucia, niż po to, by zwrócić na siebie uwagę.
- Chyba
powinienem ci pogratulować.
Ostatnie
słowa, jakie spodziewała się usłyszeć.
- Cóż…
Dzięki? – O wiele łatwiej było być na wpół żywą, niedoszłą samobójczynią, niż
niezręczną, ciężarną, winną wszystkiemu byłą narzeczoną. W głowie miała
całkowity mętlik: z jednej strony nie mogła sobie wybaczyć do czego
nieświadomie go doprowadziła, lecz z drugiej miała ochotę kopnąć go za
usiłowanie popełnienia takiej głupoty. Gdyby tylko sama nie zrobiła tego
wcześniej.
- Jesteś
pewna, że Mathew jest ojcem? – Jego głos brzmiał niewinnie. Dlaczego tak
desperacko pragnął, by to dziecko było jego?
Lena
próbowała sobie przypomnieć jak chciała być traktowana w jego sytuacji. Uniosła
głowę i spojrzała wprost na niego.
- Jestem
pewna, Pete. Lekarz to potwierdził. Poza tym, miesiąc temu byłam praktycznie
martwa. Płód by tego nie przetrwał. – Tak dobrze było wreszcie powiedzieć te
słowa na głos. – I wcale nie jest mi z tego powodu przykro. – dodała łagodniej.
– Gdyby ono nie było Matta… Raczej nie przyniosłoby to nic dobrego.
- Wiem –
odparł chłopak po chwili milczenia. – Po prostu… To jak potoczyło się między
nami. To do czego cię popchnąłem…
- Więc
jesteśmy kwita. Teraz ja cię popchnęłam do tego samego… - Jej głos się załamał.
- Hej, nie
obwiniaj się o to. To wszystko było ostatnio takie… mroczne. Ta presja, ta…
utrata ciebie. I nagle odkryłem, że jestem sam, przerażony. A jednak
ostatecznie, bardziej bałem się śmierci.
Czyż nie
czujemy tego wszyscy? – zastanawiała się Lena, pośród ciszy, która zapadła po
jego słowach.
- Chciałbym,
by poddawanie się było łatwiejsze – dodał Pete, a dziewczyna wiedziała
doskonale co miał na myśli.
Ludzie z
natury usilnie trzymali się nadziei, tego, co znali. Obawiali się życia, ale
wiedzieli, że tylko wtedy możesz jeszcze coś zmienić. Śmierć była
nieodwracalna. Umieranie było takie trudne. Gdyby nie to, już by jej tu nie
było. Żadnego z nich by nie było.
- Dobra,
teraz możesz się na mnie wydrzeć, nie powstrzymuj się.
Ona tylko
pokręciła głową.
- Powinnam ci
raczej podziękować. Ostatecznie dla mnie wszystko ułożyło się idealnie. –
Posłała zaskoczonemu Peterowi delikatny uśmiech. – Nie doceniamy ludzi i
rzeczy, dopóki ich nie stracimy.
- Więc gdybym
nie pozbył się Matta, wciąż bylibyśmy razem? – To podsumowanie sprawiło, że
Lena roześmiała się.
- Nieee, wątpię,
żeby nam się udało. – Pete zdawał się zaakceptować odpowiedź. – Założę się, że
nasze dzieci będą ze sobą.
Oboje
wybuchnęli śmiechem, czując ulgę.
- Mam
nadzieję, że im pójdzie lepiej – skwitował Wentz.
- Masz
dzisiaj dzień wybaczania, Lena. – Stwierdził Patrick, wchodząc do sali.
- Tak –
mruknęła brunetka. – I jest jeszcze jedna osoba, której muszę wybaczyć.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)