tablica ogłoszeń


tablica ogłoszeń:

Z powodu braku oznak chęci do współpracy poprzedniego serwisu, opowiadanie wylądowało tutaj w trakcie publikowania.
Odcinki 1-68 można przeczytać tutaj.

Oficjalny Twitter

Powiadomienia o odcinkach pod numerem gg: 13947783

niedziela, 3 czerwca 2012

71. Boy, can I tell you a wonderful thing?

Taki mam od kilku godzin fajny humorek, że nawet tytuł odcinka mnie strollował i jak się okazało już wcześniej został użyty, haha! Ale shh, już mam nowy :3

Witam nową anonimową czytelniczkę! :D Cieszę się, że opowiadanie się podoba.
I wszystkim dziękuję za miłe komentarze. Nawet nie wiecie ile one dla mnie znaczą :)

Na następny odcinek niestety będziecie musieli poczekać do końca sesji, bo jednak trzeba będzie trochę przysiedzieć nad tymi kserokopiami... Lipiec w sensie (tak, za miesiąc będzie po wszystkim, byle dotrwać :3)

Btw dziś w Supernatural natknęłam się na kolesia o nazwisku Matt Harrison. Hmm, brzmi znajomo, czyż nie? xD

Miłego czytania :)




- Nadal uważam, że to nie jest dobry pomysł – usłyszała za sobą szept Joss.
Dziewczyna męczyła ją odkąd tylko dowiedziała się o trasie. Twierdziła, że życie na walizkach i koncerty mogą być zbyt wyczerpujące gdy jest się w ciąży. Lena była bliska przyznania jej racji już w pierwszy ranek, gdy klęczała nad toaletą z ciałem szarpanym odruchem wymiotnym. Wstrząsy autokaru raczej nie pomagały jej wrócić do siebie, tak samo jak zmartwiony głos Matta dobiegający zza drzwi. Wiedziała, że jeśli poranne mdłości miałyby się powtarzać codzienne, nie będzie w stanie długo ukrywać przyczyny przed chłopakiem. Dodatkowo teraz o wiele trudniej było jej znaleźć moment i zebrać się na odwagę, by powiedzieć mu o dziecku. Obawiała się, że nim trasa się skończy, jej stan może się zrobić widoczny.
- Uspokój się Jossie, wszystko będzie okay. To nie choroba – odparła Lena, poprawiając fryzurę przed lustrem. – Myślisz, że powinnam wrócić do naturalnego koloru? Podobno farby nie są zbyt zdrowe w moim stanie.
Nastolatka tylko wywróciła oczami i wyszła z przebieralni, mijając Matta w drzwiach. Jedno spojrzenie na jego twarz i Lena wiedziała, że chłopak zaczyna coś podejrzewać, prawdopodobnie nawet usłyszał fragment rozmowy.
- Na pewno za tym tęskniłeś – westchnęła, wyprzedzając pytanie czy wszystko jest w porządku.
Kilka ostatnich dni nie należało do najlepszych, zachowanie Leny było nieco dziwne, często spinała się w jego obecności, szybko zmieniała temat, gdy robiło się zbyt poważnie. Matt nie mógł się pozbyć uczucia, że ma to związek z tym, o czym chciała mu powiedzieć nim telefon im przeszkodził. Później wielokrotnie próbował to z niej wyciągnąć, jednak ona szybko go zbywała byle jakimi wymówkami.
- Szczerze mówiąc, z tego wszystkiego, za koncertami tęskniłem najmniej – stwierdził z uśmiechem, delikatnie całując ją w policzek. – Ślicznie wyglądasz – dodał, nie mogąc oderwać wzroku od jej przydymionych powiek, które wraz z idealnie ułożonymi lokami, opadającymi na jej plecy, miały za zadanie dodać drapieżności pozornie niewinnemu czarnemu topowi i krótkiej spódniczce.
Może i nieco przykrótko, nieco zbyt obciśle i zbyt wyzywająco z kabaretkami i czarnymi szpilkami, jednak wokalistka celowo dobrała ten strój ze świadomością, że już wkrótce nie będzie jej dane czuć się seksownie, z wielkim brzuchem, puchnącymi nogami i innymi nieprzyjemnymi objawami ciąży.
- Obawiam się, że fani mogą pomyśleć, że podmieniliśmy wokalistkę – zażartował Matt, w odpowiedzi na co dziewczyna przyciągnęła go do siebie za kontrastującą z białą koszulą czarną szelkę.
- Wystarczy, że wymieniliśmy basistę, przystojniaku – wymruczała mu w usta tuż przed tym, jak zatopiła w nich swoje wargi.
- Wy dwoje, wynajmijcie sobie pokój. – Przerwał im głos Tima stojącego w drzwiach. – Ale później, a teraz marsz na scenę. Nasza kolej by dać czadu. – Chłopak wyszczerzył do nich zęby i zniknął, dając im chwilkę, by mogli się pozbyć rozmazanej szminki ze swoich twarzy.
Podekscytowane krzyki tłumu słychać było z daleka, co szybko podgrzało atmosferę za kulisami. Członkowie po kolei wchodzili na scenę. Mathew przelotnie musnął czoło swojej dziewczyny i wybiegł zza kulis, wywołując pełną zachwyconych i niedowierzających pisków fanek reakcję. Część publiczności zapewne nie od razu go poznała – nikt nie spodziewał się jego powrotu, jak i nie spodziewali się jakichkolwiek zmian personalnych w zespole. Mathew został całkowicie pominięty na wszelkich plakatach promujących trasę, a oficjalna informacja o jego powrocie do zespołu miała się pojawić dopiero następnego dnia, gdy ta sensacja zaleje Internet, wraz z setką dowodów w formie kiepskiej jakości zdjęć.
Znalazłszy się na scenie, Lena była w swoim żywiole. Wyłączyła się całkowicie, zapominając o wszystkim co wykraczało poza dźwięki muzyki. Jej głos, silny jak zawsze, płynął przez głośniki, wzmocniony mocą dziesiątek gardeł, które wtórowały jej każdemu słowu. Rozpierała ją energia, jakiej nie czuła już od dawna. Zagubiona pośród dźwięków i świateł nie od razu zdała sobie sprawę, że coś jest nie tak.
Ciężkie, zadymione powietrze z coraz większym trudem docierało do jej płuc. Przystanęła, by skoncentrować się na własnym oddechu, który nieustannie musiał produkować słowa drugiej zwrotki. Była pewna, że wytrzyma do końca piosenki, weźmie głębszy wdech i nabierze sił by kontynuować.
Jednak nim dotarła do refrenu, było za późno. Świat zawirował, słowa ugrzęzły jej w gardle. Płuca całkowicie odmówiły posłuszeństwa i w jednej sekundzie błyski reflektorów zastąpiła ciemność. Matt spojrzał w jej kierunku w momencie, gdy jej ciało odchyliło się do tyłu, poddając się grawitacji. Zareagował nim jeszcze publiczność zdążyła zauważyć co się dzieje. Odepchnął gitarę do tyłu i wylądował na kolanach tuż za dziewczyną, w ostatniej chwili chroniąc jej głowę przed zderzeniem z twardą podłogą.
Zapadła cisza – oszałamiająca i głucha – zadziwiająca w pomieszczeniu pełnym rozszalałej młodzieży.
- Lena? – Jej oczy były zamknięte, ale jej klatka piersiowa na powrót unosiła się i opadała miarowo.
W jednym momencie wokół nich zgromadziła się reszta zespołu i kilku technicznych, a przez tłum przetoczyły się fale rozemocjonowanych szeptów.
- Zabierz ją stąd! – zawołał Tim, zachowując trzeźwość umysłu.
Chłopakowi nie trzeba było dwa razy powtarzać. Zdjąwszy bas, delikatnie ujął w ramiona nieprzytomne ciało Leny. Tysiące myśli bombardowało jego głowę w drodze za kulisy, gdzie ułożył dziewczynę na sofie, przy której już czekał na nią lekarz.
- To tylko omdlenie – uspokoił go mężczyzna, przeprowadziwszy szybkie badanie, podczas którego Matt nawet na sekundę nie spuścił wzroku z Leny. – Odsuńcie się, żeby nie blokować powietrza. Za chwilę powinna się ocknąć.
Pomimo tych słów, basista pozwolił sobie na westchnienie ulgi dopiero, gdy dziewczyna otworzyła oczy.
- Co się stało? – spytała skonfundowana, rozglądając się po twarzach przyjaciół.
- Zemdlałaś, maleńka – odparł Matt, podając jej wodę i delikatnie głaszcząc jej włosy. – Nie martw się, zaskarżymy klub za słabą wentylację – zażartował.
Rozpogodził się nieco, wiedząc, że wszystko jest w porządku. Z drugiego pomieszczenia dotarły do nich odgłosy rozmowy Josephine z lekarzem.
- Dasz radę kontynuować? – spytał menadżer, na co wokalistka kiwnęła twierdząco głową z uśmiechem. Mimo lekkich zawrotów głowy, czuła się lepiej niż mogła na to wskazywać zatroskana mina Matta.
- Nie ma takiej możliwości! – zawołał doktor, wróciwszy do pokoju. – Muszę przeprowadzić więcej badań.
Joss, wlokąc się za lekarzem, rzuciła Lenie przepraszające spojrzenia. Mathew nie rozumiał co się dzieje, podczas gdy Tim niemal siłą odciągał go od kanapy.
- Nic tu po nas – mruknął i wyprowadził go na balkon.
- Jak może być pani tak lekkomyślna – krzyknął nagle wzburzony lekarz. – W tym stanie zagraża pani nie tylko sobie!
Wokalistka wywróciła oczami, po czym spojrzała na młodszą dziewczynę z wyrzutem.
- Dzięki – bąknęła, podczas gdy lekarz montował ciśnieniomierz na jej ramieniu. – Zaraz wszyscy będą wiedzieć.
- Martwię się o ciebie, okay? – Joss nie wytrzymała. – Wszyscy się o ciebie martwimy. Poza tym, obudź się! Za niedługo wszyscy i tak będą o tym wiedzieć. Myślisz, że jak długo uda ci się to ukrywać przed światem?
Na dźwięk podniesionego głosu przyjaciółki, Lena spuściła wzrok, jednak nie miała zamiaru tak łatwo się poddać.
- Nie wiem o co ta cała afera – próbowała oponować. – Już prędzej niedawne zapalenie płuc było przyczyną niż to.
- Oczywiście, że ciąża nie jest przyczyną – potwierdził lekarz. – Ale pani chyba nie rozumie jakie to mogło mieć konsekwencje dla pani i dla płodu. Zrobi pani co chce, ale ja stanowczo odradzam kontynuowanie trasy. Szczególnie po niedawno przebytym zapaleniu płuc.
Lena zagryzła wargi. Nie mogli przecież odwołać ledwie zaczętej trasy z powodu takiej głupoty. Nie wspominając o konsekwencjach pieniężnych, zawiedliby fanów. Ona znów zawiodłaby przyjaciół, Matta i siebie.
- I jeszcze jedno – zaczęła Josephine, a jej kolejne słowa zawisły złowrogo w powietrzu. – Musisz z nim dzisiaj pogadać.

Dobrą wiadomością było to, że nie musieli odwoływać trasy. Złą to, że mieli kontynuować akustycznie. Ustalili tak na obowiązkowym zebraniu w hotelu, podczas którego Matt nie puszczał dłoni Leny, jak gdyby w każdej chwili znów mogła osunąć się na ziemię. Rozwiązanie zaproponował Jon, który przez powrót Mathew skończył z gitarą rytmiczną, z czego był raczej zadowolony. Nie było nawet mowy o tym, by ktoś miał go wykopać z zespołu.
Akustyczne koncerty miały obniżyć poziom emocji, wymagały mniej energii i zżerały mniej powietrza, którego brak był bezpośrednią przyczyną omdlenia. Ilość pracy, jakiej wymagało zaaranżowanie wszystkiego, sprawiła, że Lena czuła się wielkim ciężarem dla wszystkich. Nie wspominając już o tym, że psuła zabawę, tym razem nie tylko członkom zespołu, ale i fanom, których połowa zapewne nie wydałaby kasy na bilet, wiedząc, że zamiast szaleć, spędzą półtorej godziny gapiąc się na paczkę ludzi smętnie szarpiących struny i wokalistkę zawodzącą coś na kształt kołysanki.
Na szczęście nie wszyscy byli do tego pomysłu tak negatywnie nastawieni. Pełni zapału Joss i Jon tuż po zebraniu zamknęli się w jednym z pokoi i zabrali za przygotowywanie nowego aranżu. Ich śmiechy przez pół nocy niosły się echem po piętrze. Timothy zniknął gdzieś wraz z długonogą techniczną, która najwyraźniej miała się opiekować nie tylko jego perkusją.
Lena nie miała już żadnej wymówki, by odkładać trudną rozmowę.
- Chcesz się przejść? – Posłała delikatny uśmiech chłopakowi, który w dalszym ciągu nie chciał opuścić jej na krok. – Przyda mi się świeże powietrze.
Mathew nie odpowiedział, tylko podał jej płaszcz. Miał świadomość, że wreszcie dowie się skrywanej przez nią prawdy. Z jednej strony czuł ulgę, z drugiej jednak obawiał się, nie wiedząc co go czeka. Jeśli to byłoby coś dobrego, przecież już dawno by mu powiedziała.
Powiew nocnego powietrza zmroził im twarze, tutaj jednak było nieco cieplej niż w Wietrznym Mieście. Lena w milczeniu liczyła kroki, starając się nie myśleć o tym, co miało nastąpić. Raz już niemal mu to wyznała, będąc pewną, że chłopak jej nie odtrąci. Dlaczego więc teraz to znów było takie trudne? Ostatni tydzień był prawdopodobnie najcudowniejszym w jej dotychczasowym życiu. Może nawet nazbyt słodki, biorąc po uwagę, że mieli przed sobą Dzień Świętego Walentego. W tym czasie nie zdarzyło się nic, co mogłoby podważyć szczerość jego uczuć, czy zmienić je. Wręcz przeciwnie, z każdym dniem byli sobie coraz bliżsi, z każdym oddechem bardziej uzależnieni. Dlaczego więc pragnęła doliczyć do miliona nim będzie zmuszona otworzyć usta?
Chłopak był niespokojny, czekał jednak cierpliwie. Nie chciał jej poganiać, choć w jego głowie rodziły się najmroczniejsze scenariusze. Nie mógł oprzeć się wrażeniu, że stan zdrowia jego ukochanej nie jest prawidłowy. Mógł mieć tylko nadzieję, że nie jest to tak poważne jak podpowiadały mu najgorsze przeczucia. Podczas awaryjnego zebrania on zdawał się być jedyną osobą, która nie wiedziała co się dzieje, choć mogła go ponosić wyobraźnia. Lena powiedziała mu, że to konsekwencje przebytego zapalenia płuc. Jeśli to rzeczywiście było przyczyną, jak daleko sięgały te konsekwencje? Zdawało się, że jego głowa zaraz eksploduje od snucia domysłów, a ona wciąż nie odrywała wzroku od chodnika.
- Lena, co się dzieje? – Mathew w końcu nie wytrzymał i zatrzymał dziewczynę na środku opustoszałego parku.
Brunetka posłusznie odwróciła się przodem do niego, jednak spuściła wzrok na ich splecione dłonie. Chłopak próbował dodać jej odwagi czułym pocałunkiem w czoło, jednak tylko ją to rozproszyło. Zrobiła kilka głębokich wdechów. Wiedziała, że zwlekanie nie ma sensu. Musiała to powiedzieć tu i teraz, i tak nie było już sposobu na ucieczkę. Nerwowo rozejrzała się wokół i kiwnęła głową w stronę najbliższej ławki.
- Lepiej usiądź – mruknęła, lecz chłopak nie poruszył się nawet o milimetr.
- L-lena – jego głos drżał. – Wiesz, że cokolwiek to jest, jestem przy tobie. – Nie odrywał od niej przerażonego spojrzenia.
W tym spojrzeniu kryły się wszystkie jego obawy i cała troska o nią. Cała jego miłość i paraliżujący strach przed jej utratą. W tamtym momencie dziewczyna ponownie zyskała pewność, że cokolwiek powie, Matt nie będzie w stanie jej opuścić.
- Nic mi nie jest Matt – uspokoiła go, wolną dłonią gładząc jego policzek – To znaczy, jestem zdrowa. – Zaczęła żałować, że tak długo trzymała go w niepewności. Skąd jednak mogła wiedzieć w którą stronę on skieruje swoje podejrzenia? Dla niej elementy układały się w tak oczywistą całość…
Mathew zmarszczył czoło, jednak oczekiwany przez nią wyraz ulgi wciąż nie nastąpił.
- To dziś nie wyglądało na nic – odparł, nie odrywając od niej oczu nawet na sekundę, jak gdyby mógł odczytać odpowiedź z jej twarzy.
Brunetka westchnęła.
- To naprawdę były tylko skutki tego całego zapalenia. – Uśmiechnęła się lekko, by udowodnić mu, że mówi prawdę. – To coś… właściwie całkowicie przeciwnego niż myślisz.
Teraz nadszedł ten moment.
- Proszę, tylko nie panikuj. – Czuła, że przestaje panować nad swoim głosem. – Wiesz, kiedy cię nie było, ja… – Zmarszczone brwi chłopaka zasygnalizowały, że to nie był najlepszy dobór słów. Zaczęła się plątać. – To znaczy kiedy jeszcze byłeś, tamtego dnia, gdy pokazałeś mi mieszkanie… - Znów urwała, nie wiedząc dokąd właściwie zmierza.
Przez krótką chwilę elementy zaczęły się układać w spójną całość i choć był to jeden z tych lepszych scenariuszy, ciężko było dopuścić do świadomości możliwość, że Lena…
- Kochanie, jestem w ciąży! – zawołała wreszcie nie mogąc znieść napięcia. Wyszło o wiele gwałtowniej niż planowała.
Tak jak przewidziała, Mathew potrzebował ławki. Opadł na nią z całkowicie zaskoczonym wyrazem twarzy. To było jak strzał prosto w twarz. Przez moment nie widział nic. W jego głowie odbijały się echem trzy słowa: jestem w ciąży… Ledwie potrafił zarejestrować ich znaczenie. Nie mógł rozkodować swoich uczuć, które oscylowały pomiędzy ulgą, że to nie jakieś paskudne choróbsko próbuję zabrać mu jego ukochaną, a dławiącym ciężarem idących za tym konsekwencji. Jednak gdzieś pomiędzy przeskakiwało ciepło, to, które czuł za każdym razem, gdy patrzył w oczy Leny…
- Powiesz coś? – zapiszczała Lena, zakrywając twarz dłońmi.
- Wow – było jedynym, co zdołał z siebie wydusić.
- Przynajmniej nie „Jesteś pewna, że to moje?” – wymruczała, wciąż niebezpiecznie wysokim głosem, siadając na zmrożonej ławce tuż obok niego.
Odpowiedział jej tylko nerwowy, stłumiony chichot, zagłuszony przez bicie dzwonów na wieży kościelnej, wybijających północ.
Spojrzała na jego twarz, ze wzrokiem wbitym gdzieś w dal, wiedząc, że wciąż próbuje analizować sytuację. Bezwiednie położyła dłoń na swoim brzuchu, a w jej głowie krążyło tylko jedno zdanie, które zdawało się idealnie podsumowywać sytuację. Jej szept zamienił się w mroźny obłok powietrza.
- Wesołych Walentynek.