Taki mam od kilku godzin fajny humorek, że nawet tytuł odcinka mnie strollował i jak się okazało już wcześniej został użyty, haha! Ale shh, już mam nowy :3
Witam nową anonimową czytelniczkę! :D Cieszę się, że opowiadanie się podoba.
I wszystkim dziękuję za miłe komentarze. Nawet nie wiecie ile one dla mnie znaczą :)
Na następny odcinek niestety będziecie musieli poczekać do końca sesji, bo jednak trzeba będzie trochę przysiedzieć nad tymi kserokopiami... Lipiec w sensie (tak, za miesiąc będzie po wszystkim, byle dotrwać :3)
Btw dziś w Supernatural natknęłam się na kolesia o nazwisku Matt Harrison. Hmm, brzmi znajomo, czyż nie? xD
Miłego czytania :)
- Nadal
uważam, że to nie jest dobry pomysł – usłyszała za sobą szept Joss.
Dziewczyna
męczyła ją odkąd tylko dowiedziała się o trasie. Twierdziła, że życie na
walizkach i koncerty mogą być zbyt wyczerpujące gdy jest się w ciąży. Lena była
bliska przyznania jej racji już w pierwszy ranek, gdy klęczała nad toaletą z
ciałem szarpanym odruchem wymiotnym. Wstrząsy autokaru raczej nie pomagały jej
wrócić do siebie, tak samo jak zmartwiony głos Matta dobiegający zza drzwi.
Wiedziała, że jeśli poranne mdłości miałyby się powtarzać codzienne, nie będzie
w stanie długo ukrywać przyczyny przed chłopakiem. Dodatkowo teraz o wiele
trudniej było jej znaleźć moment i zebrać się na odwagę, by powiedzieć mu o
dziecku. Obawiała się, że nim trasa się skończy, jej stan może się zrobić
widoczny.
- Uspokój się
Jossie, wszystko będzie okay. To nie choroba – odparła Lena, poprawiając
fryzurę przed lustrem. – Myślisz, że powinnam wrócić do naturalnego koloru?
Podobno farby nie są zbyt zdrowe w moim stanie.
Nastolatka
tylko wywróciła oczami i wyszła z przebieralni, mijając Matta w drzwiach. Jedno
spojrzenie na jego twarz i Lena wiedziała, że chłopak zaczyna coś podejrzewać,
prawdopodobnie nawet usłyszał fragment rozmowy.
- Na pewno za
tym tęskniłeś – westchnęła, wyprzedzając pytanie czy wszystko jest w porządku.
Kilka
ostatnich dni nie należało do najlepszych, zachowanie Leny było nieco dziwne,
często spinała się w jego obecności, szybko zmieniała temat, gdy robiło się
zbyt poważnie. Matt nie mógł się pozbyć uczucia, że ma to związek z tym, o czym
chciała mu powiedzieć nim telefon im przeszkodził. Później wielokrotnie
próbował to z niej wyciągnąć, jednak ona szybko go zbywała byle jakimi
wymówkami.
- Szczerze
mówiąc, z tego wszystkiego, za koncertami tęskniłem najmniej – stwierdził z
uśmiechem, delikatnie całując ją w policzek. – Ślicznie wyglądasz – dodał, nie
mogąc oderwać wzroku od jej przydymionych powiek, które wraz z idealnie ułożonymi
lokami, opadającymi na jej plecy, miały za zadanie dodać drapieżności pozornie
niewinnemu czarnemu topowi i krótkiej spódniczce.
Może i nieco
przykrótko, nieco zbyt obciśle i zbyt wyzywająco z kabaretkami i czarnymi
szpilkami, jednak wokalistka celowo dobrała ten strój ze świadomością, że już
wkrótce nie będzie jej dane czuć się seksownie, z wielkim brzuchem, puchnącymi
nogami i innymi nieprzyjemnymi objawami ciąży.
- Obawiam
się, że fani mogą pomyśleć, że podmieniliśmy wokalistkę – zażartował Matt, w
odpowiedzi na co dziewczyna przyciągnęła go do siebie za kontrastującą z białą
koszulą czarną szelkę.
- Wystarczy,
że wymieniliśmy basistę, przystojniaku – wymruczała mu w usta tuż przed tym,
jak zatopiła w nich swoje wargi.
- Wy dwoje,
wynajmijcie sobie pokój. – Przerwał im głos Tima stojącego w drzwiach. – Ale
później, a teraz marsz na scenę. Nasza kolej by dać czadu. – Chłopak
wyszczerzył do nich zęby i zniknął, dając im chwilkę, by mogli się pozbyć
rozmazanej szminki ze swoich twarzy.
Podekscytowane
krzyki tłumu słychać było z daleka, co szybko podgrzało atmosferę za kulisami.
Członkowie po kolei wchodzili na scenę. Mathew przelotnie musnął czoło swojej
dziewczyny i wybiegł zza kulis, wywołując pełną zachwyconych i
niedowierzających pisków fanek reakcję. Część publiczności zapewne nie od razu
go poznała – nikt nie spodziewał się jego powrotu, jak i nie spodziewali się
jakichkolwiek zmian personalnych w zespole. Mathew został całkowicie pominięty
na wszelkich plakatach promujących trasę, a oficjalna informacja o jego
powrocie do zespołu miała się pojawić dopiero następnego dnia, gdy ta sensacja
zaleje Internet, wraz z setką dowodów w formie kiepskiej jakości zdjęć.
Znalazłszy
się na scenie, Lena była w swoim żywiole. Wyłączyła się całkowicie, zapominając
o wszystkim co wykraczało poza dźwięki muzyki. Jej głos, silny jak zawsze,
płynął przez głośniki, wzmocniony mocą dziesiątek gardeł, które wtórowały jej
każdemu słowu. Rozpierała ją energia, jakiej nie czuła już od dawna. Zagubiona
pośród dźwięków i świateł nie od razu zdała sobie sprawę, że coś jest nie tak.
Ciężkie,
zadymione powietrze z coraz większym trudem docierało do jej płuc. Przystanęła,
by skoncentrować się na własnym oddechu, który nieustannie musiał produkować
słowa drugiej zwrotki. Była pewna, że wytrzyma do końca piosenki, weźmie
głębszy wdech i nabierze sił by kontynuować.
Jednak nim
dotarła do refrenu, było za późno. Świat zawirował, słowa ugrzęzły jej w
gardle. Płuca całkowicie odmówiły posłuszeństwa i w jednej sekundzie błyski
reflektorów zastąpiła ciemność. Matt spojrzał w jej kierunku w momencie, gdy
jej ciało odchyliło się do tyłu, poddając się grawitacji. Zareagował nim
jeszcze publiczność zdążyła zauważyć co się dzieje. Odepchnął gitarę do tyłu i
wylądował na kolanach tuż za dziewczyną, w ostatniej chwili chroniąc jej głowę
przed zderzeniem z twardą podłogą.
Zapadła cisza
– oszałamiająca i głucha – zadziwiająca w pomieszczeniu pełnym rozszalałej
młodzieży.
- Lena? – Jej
oczy były zamknięte, ale jej klatka piersiowa na powrót unosiła się i opadała
miarowo.
W jednym
momencie wokół nich zgromadziła się reszta zespołu i kilku technicznych, a
przez tłum przetoczyły się fale rozemocjonowanych szeptów.
- Zabierz ją
stąd! – zawołał Tim, zachowując trzeźwość umysłu.
Chłopakowi
nie trzeba było dwa razy powtarzać. Zdjąwszy bas, delikatnie ujął w ramiona
nieprzytomne ciało Leny. Tysiące myśli bombardowało jego głowę w drodze za
kulisy, gdzie ułożył dziewczynę na sofie, przy której już czekał na nią lekarz.
- To tylko
omdlenie – uspokoił go mężczyzna, przeprowadziwszy szybkie badanie, podczas
którego Matt nawet na sekundę nie spuścił wzroku z Leny. – Odsuńcie się, żeby nie
blokować powietrza. Za chwilę powinna się ocknąć.
Pomimo tych
słów, basista pozwolił sobie na westchnienie ulgi dopiero, gdy dziewczyna
otworzyła oczy.
- Co się
stało? – spytała skonfundowana, rozglądając się po twarzach przyjaciół.
- Zemdlałaś,
maleńka – odparł Matt, podając jej wodę i delikatnie głaszcząc jej włosy. – Nie
martw się, zaskarżymy klub za słabą wentylację – zażartował.
Rozpogodził
się nieco, wiedząc, że wszystko jest w porządku. Z drugiego pomieszczenia
dotarły do nich odgłosy rozmowy Josephine z lekarzem.
- Dasz radę
kontynuować? – spytał menadżer, na co wokalistka kiwnęła twierdząco głową z
uśmiechem. Mimo lekkich zawrotów głowy, czuła się lepiej niż mogła na to
wskazywać zatroskana mina Matta.
- Nie ma
takiej możliwości! – zawołał doktor, wróciwszy do pokoju. – Muszę przeprowadzić
więcej badań.
Joss, wlokąc
się za lekarzem, rzuciła Lenie przepraszające spojrzenia. Mathew nie rozumiał
co się dzieje, podczas gdy Tim niemal siłą odciągał go od kanapy.
- Nic tu po
nas – mruknął i wyprowadził go na balkon.
- Jak może
być pani tak lekkomyślna – krzyknął nagle wzburzony lekarz. – W tym stanie
zagraża pani nie tylko sobie!
Wokalistka
wywróciła oczami, po czym spojrzała na młodszą dziewczynę z wyrzutem.
- Dzięki –
bąknęła, podczas gdy lekarz montował ciśnieniomierz na jej ramieniu. – Zaraz
wszyscy będą wiedzieć.
- Martwię się
o ciebie, okay? – Joss nie wytrzymała. – Wszyscy się o ciebie martwimy. Poza
tym, obudź się! Za niedługo wszyscy i tak będą o tym wiedzieć. Myślisz, że jak
długo uda ci się to ukrywać przed światem?
Na dźwięk
podniesionego głosu przyjaciółki, Lena spuściła wzrok, jednak nie miała zamiaru
tak łatwo się poddać.
- Nie wiem o
co ta cała afera – próbowała oponować. – Już prędzej niedawne zapalenie płuc
było przyczyną niż to.
- Oczywiście,
że ciąża nie jest przyczyną – potwierdził lekarz. – Ale pani chyba nie rozumie jakie
to mogło mieć konsekwencje dla pani i dla płodu. Zrobi pani co chce, ale ja
stanowczo odradzam kontynuowanie trasy. Szczególnie
po niedawno przebytym zapaleniu płuc.
Lena zagryzła
wargi. Nie mogli przecież odwołać ledwie zaczętej trasy z powodu takiej
głupoty. Nie wspominając o konsekwencjach pieniężnych, zawiedliby fanów. Ona
znów zawiodłaby przyjaciół, Matta i siebie.
- I jeszcze
jedno – zaczęła Josephine, a jej kolejne słowa zawisły złowrogo w powietrzu. –
Musisz z nim dzisiaj pogadać.
Dobrą
wiadomością było to, że nie musieli odwoływać trasy. Złą to, że mieli
kontynuować akustycznie. Ustalili tak na obowiązkowym zebraniu w hotelu, podczas
którego Matt nie puszczał dłoni Leny, jak gdyby w każdej chwili znów mogła osunąć
się na ziemię. Rozwiązanie zaproponował Jon, który przez powrót Mathew skończył
z gitarą rytmiczną, z czego był raczej zadowolony. Nie było nawet mowy o tym,
by ktoś miał go wykopać z zespołu.
Akustyczne
koncerty miały obniżyć poziom emocji, wymagały mniej energii i zżerały mniej
powietrza, którego brak był bezpośrednią przyczyną omdlenia. Ilość pracy,
jakiej wymagało zaaranżowanie wszystkiego, sprawiła, że Lena czuła się wielkim
ciężarem dla wszystkich. Nie wspominając już o tym, że psuła zabawę, tym razem
nie tylko członkom zespołu, ale i fanom, których połowa zapewne nie wydałaby
kasy na bilet, wiedząc, że zamiast szaleć, spędzą półtorej godziny gapiąc się
na paczkę ludzi smętnie szarpiących struny i wokalistkę zawodzącą coś na
kształt kołysanki.
Na szczęście
nie wszyscy byli do tego pomysłu tak negatywnie nastawieni. Pełni zapału Joss i
Jon tuż po zebraniu zamknęli się w jednym z pokoi i zabrali za przygotowywanie
nowego aranżu. Ich śmiechy przez pół nocy niosły się echem po piętrze. Timothy
zniknął gdzieś wraz z długonogą techniczną, która najwyraźniej miała się opiekować
nie tylko jego perkusją.
Lena nie
miała już żadnej wymówki, by odkładać trudną rozmowę.
- Chcesz się
przejść? – Posłała delikatny uśmiech chłopakowi, który w dalszym ciągu nie
chciał opuścić jej na krok. – Przyda mi się świeże powietrze.
Mathew nie
odpowiedział, tylko podał jej płaszcz. Miał świadomość, że wreszcie dowie się
skrywanej przez nią prawdy. Z jednej strony czuł ulgę, z drugiej jednak obawiał
się, nie wiedząc co go czeka. Jeśli to byłoby coś dobrego, przecież już dawno
by mu powiedziała.
Powiew nocnego
powietrza zmroził im twarze, tutaj jednak było nieco cieplej niż w Wietrznym
Mieście. Lena w milczeniu liczyła kroki, starając się nie myśleć o tym, co
miało nastąpić. Raz już niemal mu to wyznała, będąc pewną, że chłopak jej nie
odtrąci. Dlaczego więc teraz to znów było takie trudne? Ostatni tydzień był
prawdopodobnie najcudowniejszym w jej dotychczasowym życiu. Może nawet nazbyt
słodki, biorąc po uwagę, że mieli przed sobą Dzień Świętego Walentego. W tym
czasie nie zdarzyło się nic, co mogłoby podważyć szczerość jego uczuć, czy
zmienić je. Wręcz przeciwnie, z każdym dniem byli sobie coraz bliżsi, z każdym
oddechem bardziej uzależnieni. Dlaczego więc pragnęła doliczyć do miliona nim
będzie zmuszona otworzyć usta?
Chłopak był
niespokojny, czekał jednak cierpliwie. Nie chciał jej poganiać, choć w jego
głowie rodziły się najmroczniejsze scenariusze. Nie mógł oprzeć się wrażeniu,
że stan zdrowia jego ukochanej nie jest prawidłowy. Mógł mieć tylko nadzieję,
że nie jest to tak poważne jak podpowiadały mu najgorsze przeczucia. Podczas
awaryjnego zebrania on zdawał się być jedyną osobą, która nie wiedziała co się
dzieje, choć mogła go ponosić wyobraźnia. Lena powiedziała mu, że to
konsekwencje przebytego zapalenia płuc. Jeśli to rzeczywiście było przyczyną,
jak daleko sięgały te konsekwencje? Zdawało się, że jego głowa zaraz eksploduje
od snucia domysłów, a ona wciąż nie odrywała wzroku od chodnika.
- Lena, co
się dzieje? – Mathew w końcu nie wytrzymał i zatrzymał dziewczynę na środku
opustoszałego parku.
Brunetka
posłusznie odwróciła się przodem do niego, jednak spuściła wzrok na ich
splecione dłonie. Chłopak próbował dodać jej odwagi czułym pocałunkiem w czoło,
jednak tylko ją to rozproszyło. Zrobiła kilka głębokich wdechów. Wiedziała, że
zwlekanie nie ma sensu. Musiała to powiedzieć tu i teraz, i tak nie było już
sposobu na ucieczkę. Nerwowo rozejrzała się wokół i kiwnęła głową w stronę
najbliższej ławki.
- Lepiej
usiądź – mruknęła, lecz chłopak nie poruszył się nawet o milimetr.
- L-lena –
jego głos drżał. – Wiesz, że cokolwiek to jest, jestem przy tobie. – Nie
odrywał od niej przerażonego spojrzenia.
W tym
spojrzeniu kryły się wszystkie jego obawy i cała troska o nią. Cała jego miłość
i paraliżujący strach przed jej utratą. W tamtym momencie dziewczyna ponownie zyskała
pewność, że cokolwiek powie, Matt nie będzie w stanie jej opuścić.
- Nic mi nie
jest Matt – uspokoiła go, wolną dłonią gładząc jego policzek – To znaczy,
jestem zdrowa. – Zaczęła żałować, że tak długo trzymała go w niepewności. Skąd
jednak mogła wiedzieć w którą stronę on skieruje swoje podejrzenia? Dla niej
elementy układały się w tak oczywistą całość…
Mathew
zmarszczył czoło, jednak oczekiwany przez nią wyraz ulgi wciąż nie nastąpił.
- To dziś nie
wyglądało na nic – odparł, nie
odrywając od niej oczu nawet na sekundę, jak gdyby mógł odczytać odpowiedź z
jej twarzy.
Brunetka
westchnęła.
- To naprawdę
były tylko skutki tego całego zapalenia. – Uśmiechnęła się lekko, by udowodnić
mu, że mówi prawdę. – To coś… właściwie całkowicie przeciwnego niż myślisz.
Teraz
nadszedł ten moment.
- Proszę,
tylko nie panikuj. – Czuła, że przestaje panować nad swoim głosem. – Wiesz,
kiedy cię nie było, ja… – Zmarszczone brwi chłopaka zasygnalizowały, że to nie
był najlepszy dobór słów. Zaczęła się plątać. – To znaczy kiedy jeszcze byłeś,
tamtego dnia, gdy pokazałeś mi mieszkanie… - Znów urwała, nie wiedząc dokąd
właściwie zmierza.
Przez krótką
chwilę elementy zaczęły się układać w spójną całość i choć był to jeden z tych
lepszych scenariuszy, ciężko było dopuścić do świadomości możliwość, że Lena…
- Kochanie,
jestem w ciąży! – zawołała wreszcie nie mogąc znieść napięcia. Wyszło o wiele
gwałtowniej niż planowała.
Tak jak
przewidziała, Mathew potrzebował ławki. Opadł na nią z całkowicie zaskoczonym
wyrazem twarzy. To było jak strzał prosto w twarz. Przez moment nie widział
nic. W jego głowie odbijały się echem trzy słowa: jestem w ciąży… Ledwie potrafił zarejestrować ich znaczenie. Nie
mógł rozkodować swoich uczuć, które oscylowały pomiędzy ulgą, że to nie jakieś paskudne
choróbsko próbuję zabrać mu jego ukochaną, a dławiącym ciężarem idących za tym
konsekwencji. Jednak gdzieś pomiędzy przeskakiwało ciepło, to, które czuł za
każdym razem, gdy patrzył w oczy Leny…
- Powiesz
coś? – zapiszczała Lena, zakrywając twarz dłońmi.
- Wow – było
jedynym, co zdołał z siebie wydusić.
-
Przynajmniej nie „Jesteś pewna, że to moje?” – wymruczała, wciąż niebezpiecznie
wysokim głosem, siadając na zmrożonej ławce tuż obok niego.
Odpowiedział
jej tylko nerwowy, stłumiony chichot, zagłuszony przez bicie dzwonów na wieży
kościelnej, wybijających północ.
Spojrzała na
jego twarz, ze wzrokiem wbitym gdzieś w dal, wiedząc, że wciąż próbuje
analizować sytuację. Bezwiednie położyła dłoń na swoim brzuchu, a w jej głowie
krążyło tylko jedno zdanie, które zdawało się idealnie podsumowywać sytuację.
Jej szept zamienił się w mroźny obłok powietrza.
- Wesołych
Walentynek.